CD …
Pomimo, iż mój mózg uparcie sprzeciwiał się każdemu dodatkowemu łykowi kawy jakie w siebie wlewałam to i tak moja ręka, usta i serce stanowczo i skutecznie się jemu przeciwstawiały, czując nieskrywaną rozkosz jaka towarzyszy przy oddawaniu się temu nader przyjemnemu nałogowi, jakim jest kosztowanie małej czarnej i nie za bardzo mocnej! Oczywiście mój mózg miał rację kiedy darł się ile sił w gardle na głupie serce i całą resztę ciała, twierdząc, że biorąc pod uwagę sytuację w jakiej się znalazłam to wlewanie w siebie dodatkowej dawki kofeiny nie sprawi, że nagle wszystko się magicznie samo posprząta, ugotuje a pies sam wyprowadzi się na spacer! W moim ciele toczyła się tak zacięta walka, że aż Henio biedula uciekł w najdalszy kąt ogrodu, wtulił się w małą choineczkę niczym w przytulankę … moknąc na deszczu cierpliwie czekał… aż … dam mu w końcu jeść.

OK! Koniec tego dobrego, czas wybrać się na zakupy. Późna pora wcale mi nie sprzyjała. Wszystko przebrane, wykupione, półki w sklepach prawie puste a i tak ludzi multum. Okropnie nie lubię robić zakupów w sobotę, … , z resztą nigdy tego nie lubiłam. Obijanie się łokciami, przeciskanie po zatłoczonych alejkach na targowisku, przekrzykujący się ludzie, bieganina … z siatkami wypełnionymi po brzegi i co chwila to pytanie: „Po czemu jajka?” . Brrrr! Nie dla mnie (OMG! chyba jestem introwertyczką). W Anglii sklepy są otwarte również w niedzielę, więc jak zabraknie czasu na tygodniu aby uzupełnić zapasy to robię zakupy właśnie tego dnia, ponieważ jest względnie spokojnie a i towaru nie brakuje.
Przeczytaj poprzednie wpisy.
Pech chciał … nie … wróć …. Tak wyszło, że niestety ale zmuszona byłam pojechać na zakupy w sobotę. Czułam się niczym w ulu pełnym pobudzonych, brzęczących żółto czarnych pszczół, ale jakoś sobie poradziłam. Dzielnie przeciwstawiałam się kłodom rzucanym mi pod nogi i niczym Wiking parłam przed siebie z myślą przewodnia: „OPUŚĆ TO MIEJSCE JAK NAJSZYBCIEJ”. Z wózkiem pełnym (nie)potrzebnych towarów biegłam do kasy prawie taranując po drodze jakieś rozwydrzone dziecko.
NAGLE PO HAMULCACH, ostry skręt w lewo w następną alejkę i pędem do półek z … winami! Wiem, że czasami czuję, że towarzystwo mi nie jest potrzebne do szczęścia ale hej… bądźmy ludźmi… gość w dom, Bóg w dom! I chociaż wiedziałam, że Agnieszka przywiezie ze sobą wino to i tak wypadało swoje w domu mieć. Drapłam pierwsze z wierzchu czerwone półwytrawne i położyłam je na samej górze sterty zakupów w wózku niczym wisienkę na torcie. Myślałam, że teraz nic już mnie nie zatrzyma …. Sprintem i prawie driftem na zakrętach kierowałam się do wolnej kasy, kiedy z za rogu wyłoniło się starsze małżeństwo z wózkiem równie pełnym jak mój.
Wówczas pomyślałam sobie, że powinnam zacząć grać w totolotka!
Cierpliwość nie jest moim drugim imieniem, chociaż szacunek do starszych mam większy niż do … „rozwydrzonych”, bezstresowo wychowywanych dzieciaków. W dni takie jak te, patrzenie jak staruszkowie spokojnie i bez pośpiechu wyciągają z wózka jedną rzecz za drugą naprawdę wystawiało moją cierpliwość na próbę. Nie miałam wyjścia, trzeba było CIERPLIWIE czekać…
W międzyczasie postanowiłam sprawdzić co robi Henio w domu. W porównaniu do mnie mój pies nie ma problemu z panowaniem nad cierpliwością. Potrafi spokojnie czekać na swoją kolej, ale jak już naprawdę coś mu się chce to oczywiście da mi o tym znać. Zajrzałam zatem w kamerę domową i intuicja mnie nie myliła, Henio sobie smacznie spał przytulony tym razem do ściany.

Muszę Wam powiedzieć, że jeżeli chodzi o cierpliwość to Anglicy są mistrzami! Im nigdy nigdzie się nie spieszy, bardzo trudno ich wyprowadzić z równowagi, spokojnie czekają na swoją kolej i bardzo rzadko reagują emocjonalnie w stresujących sytuacjach. Patrząc na (i tak szybkich jak na swój wiek) staruszków przede mną i na panią przy kasie to nie mogłam wyjść z podziwu jak można być tak spokojnym i opanowanym. Pani przy kasie pomogła nawet w pakowaniu towarów do reklamówek starszemu małżeństwu. Nic tylko brać przykład.
A tymczasem deszcz znowu dał o sobie znać.

Do domu miałam jakieś 15 minut samochodem, starałam się jechać w miarę szybko ale wiadomo, przepisy! Czas jednak był nieubłagalny i pędził jak pendolino. Jadąc do domu myślałam o tym jak pogodzić czas z obowiązkami. Miałam w głowie już wstępnie ułożony plan, kiedy nagle z zadumy wyrwał mnie dźwięk telefonu. Szybko na głośnomówiący!
– Cześć Ania, to znowu ja, Agnieszka. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomniałaś bo okazało się, że mój brat jedzie w twoje okolice i chce mnie podrzucić. Będę o pół godziny wcześniej niż zaplanowałam. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko….
-Nie, nie, … skąd – odezwałam się zaskoczona tą wiadomością – przyjeżdżaj, poznasz mojego psa – powiedziałam z premedytacją akcentując wyraźnie słowo PIES! Wiedziałam, że Agnieszka, jak by to powiedzieć, ma lekki uraz do czworonogów. Nie żebym jej nie lubiła 😀 ale akurat jej wizyta wyjątkowo nie była mi na rękę tego dnia.
-Psa? Masz psa? – zapytała zaskoczona – A … to nic .. zamkniemy go w innym pokoju i sobie powspominamy stare czasy. – po tych słowach krew w żyłach mi zawrzała. Rozłączyłam się!
CDN …


1 Comment